apel 2012-01-09 11:50:15

Nagła śmierć jest najgorsza. Nie przewidywalna, nie zrozumiała. Nie mile widziana.

Gdy ktoś blisko ginie w wypadku samochodowym, to jest chociaż ktoś winny, wiadomo co się wtedy dzieje, co się stało. Przynajmniej w większości przypadków. Zawinił drugi kierowca, zawinił błąd tej bliskiej osoby.

Gdy umiera ktoś bliski, gdy wiesz że to nastąpi, jesteś na to przygotowany. Bardziej lub mniej, ale wiesz, spodziewasz się tego co nieuniknione. Czy to choroba, czy to starość, nie możesz zapytać "dlaczego?", bo wiesz dlaczego. Pomijając aspekty wiary i nie zrozumienia śmierci.

Ale czemu nagle ktoś blisko, mniej lub bardziej zdrowy, umiera nagle? Po całym dniu, kiedy jest wszystko w porządku, bliscy z nim rozmawiają, śmieją się, siedzi sobie, pije herbatę i rozmawia. A kilka godzin później dostajesz telefon i dowiadujesz się, że ten blisko ktoś umarł. Tak po prostu, niespodziewanie. Oczywiście zawsze jest jakaś przyczyna, czy to wylew do mózgu, zator w żyle, sercu czy w innym miejscu, zawał. Ale jest to przyczyna w ogóle bez sensu, bo przecież wszystko było dobrze, przez cały ten czas, przez cały dzień nawet, ta osoba była przy tobie i dobrze się czuła.

Nie rozumiem takiej śmierci, nie godzę się z nią. Nie podoba mi się.
Tylko co z tego? Co z tego, że mi się to nie podoba, że nie chcę takiej śmierci? Że nie chcę aby bliscy mi ludzie tak umierali. Żeby nie umierali tak bliscy moich znajomych.
To przecież nic nie da, a jednak muszę głośno podkreślić mój sprzeciw.

Wiem, że kiedyś umrą moi bliscy, że umrę kiedyś i ja. Ale chcę być na to przygotowana. Może i takie myślenie jest trochę egoistyczne, ale chyba mogę tego chcieć, tego wymagać? Tak sama dla siebie, tak tylko w myślach, bo przecież i tak nic takiego ode mnie nie zależy. Bo gdyby zależalo, to każdy umierałby na starość, w podeszłym już wieku, spokojnie bez bólu, w łóżku, śpiąc, przeżywszy swoje wszystkie radosne chwile w życiu.

Bo życie jest takie kruche, takie krótkie, więc chcę żeby było silne i pełne barw i przezyć do końca i jak najdłużej.

To taki mój mały i cichy apel do śmierci.

skomentuj (0)

mała recenzja 2011-12-15 12:45:27

Krótka recenzja "Trylogia Czarnego Maga" Trudi Canavan: "Gildia Magów", "Nowicjuszka", "Wielki Mistrz".

Uwaga: spoilery!

Skończyłam czytać "Trylogię Czarnego Maga" autorstwa Trudi Canavan. Czytając ostatni tom dowiedziałam się, że pani Canavan napisała jeszcze nastepną trylogię, opisującą losy tych samych bohaterów kilkanaście lat później po wydarzeniach z "TCM". Pomyślałam sobie, że to bardzo fajnie, że pewnie przeczytam za jakiś czas tą "Trylogię Zdrajcy".
Potem skończyłam "Wielkiego Mistrza" i już nie jestem tego taka pewna. Owszem, cała trylogia była nawet dobra, ale czy aż tak dobra, żebym chciała znowu zagłębić się w ten świat na następne trzy tomy? Możliwe, że nie.

Pierwszy tom, czyli "Gildia Magów" był kiepski. Naprawdę kiepski. Czytało mi się go opornie, fabuła szła jak po gruzie i ogólnie rzecz biorąc, jak dla mnie, mogłaby się zmieścić w połowie tego co pani Canavan napisała.
Ciekawie rozpoczęty wątek Sonei rozwijał się niemrawo i bardzo powoli. Od momentu gdy zaczęła ukrywać się przed Gildią, szukać schronienia u Złodziei, wszystko zaczęło się ciągnąć. Naprawdę czekałam aż w końcu wydarzy się coś ciekawego. Jakoś przebrnęłam przez pierwszy tom z nadzieją, że następny będzie lepszy, w końcu coś musi sięzacząć dziać, prawda?

Drugi tom ruszył lekko z kopyta z nowymi wyzwaniami dla naszej bohaterki. Przyjęto ją do Gildii jako Nowicjuszkę. Sonea zaczęła praktycznie uczyć się magii i co znowu się stało? Znowu przedłużanie. Wątek niechęci innego nowicjusza Regina do naszej bohaterki wyolbrzymił się na ogromną skalę. Tylko czemu tak mocno oświeceni i mądrzy magowie nie mogli dostrzec zwykłej niechęci innego ucznia do drugiego. Może i mieli uprzedzenia do dziewczyny ze slumsów, ale nawet w normalnej szkole, w naszych realiach nikt by do czegoś takiego nie dopuścił. Przynajmniej dłużyznę drugiego tomu zrekompensował przyjemny dla oka pojedynek wrogich sobie uczniów, dzięki któremu Sonea zyskała lekką aprobatę wśród nauczycieli i innych nowicjuszy. Wreszcie zdarzyło się coś ciekawego!

Przechodząc do tomu trzeciego miałam mieszane uczucia. Wiedziałam już, że w ostatnim tomie dużo się wydarzy. Właśnie. Ale czy nie za dużo jak na jeden tom? W dwóch poprzednich wszystko rozlewało się niemiłosiernie i rozrzedzało, a teraz pani Canavan zamierza streścić wszystko i tak po prostu zakończyć? To nigdy nie wróży zbyt dobrze.

Ostatni tom mnie mile zaskoczył, jak równocześnie trochę zawiódł. Poszukiwania Dannyla niczego ciekawego nie dowiodły. Nic nowego o starożytnej magii się nie dowiedzieliśmy. Jedyne co, to rozwinął się wątek miłość Dannyla do Tayenda i to, że właśnie miłość może przezwyciężyć nawet fobie magów takie jak homoseksualizm. Plus za to dla pani Canavan.

Ale nasuwają się rzesze innych pytań. Dlaczego Akkarin zaaprobował poszukiwania Dannyla? Dlaczego wyrafinowany i chłodny Akkarin tak nagle zakochał się w Sonei, gdy wcześniej był dla niej tak oschły i surowy? Dlaczego tak łatwo i szybko uległ jej namowom nauki czarnej magii, przecież był temu ogromnie przeciwny? Dlaczego zaufał jej a nie swojemu najlepszemu przyjacielowi Lorlenowi? Czemu Akkarin oddał całą swoją moc Sonei podczas ostatniej walki i zginął? Przecież ona posiadała i tak potężną moc, którą mogła wykorzystać. Nie musiał oddawać jej całej swojej mocy, mógł zostawić jej tyle, aby wystarczyło do przedłużenia jego życia. Dlaczego Akkarin potrafił odnaleźć moc Sonei w mieście podczas gdy każdy inny mag tego nie potrafił? Sam Wielki Mistrz mówił, że nie jest tak potężny jak Ichani. Czy tylko dlatego, że pochłaniał moc Takana to posiadał tak rozbudowany zmysł magiczny? Co wniosła Savara do opowieści? I moim skromnym zdaniem ostatnia bitwa powinna być trochę dłuższa niż dwie, trzy strony, niestety, nie powaliła mnie na kolana, zakończyła się zbyt szybko.

Niestety, pani Canavan, nie popisała się pani w żadnym z tych wyjaśnień. Nie zaspokoiły mnie na koniec tomu, przez co czuję niedosyt i właśnie nadal kołacze mi się po głowie tak wiele pytań. Rozumiem, że niektóre pytania powinny zostać bez odpowiedzi, ale jednak zostało napisanych dużo niedomówień i za mało wyjaśnień. Szkoda.

Również sądzę, że cała Trylogia mogłaby się zmieścić w dwóch książkach, ale oczywiście nie mogą być dwie książki, bo pisze się albo jedną, albo od razu całą trylogię, jakoś tak dziwnie się przyjęło.

Podsumowując:
oddzielnie książki oceniam na (w skali 1-5): 3-, 4-, 4
całość na 4

Także niestety, następna trylogia pani Canavan będzie musiała poczekać na moje przeczytanie, ponieważ z chęcią chyba szybko po nią nie sięgnę.

skomentuj (0)

chcę pisać 2011-11-30 16:27:43

Chcę pisać, cokolwiek, byleby tylko słowa same płynęły z moich myśli do moich palców i po klawiaturze. Żebym widziała, że to, co piszę, jest coś warte, ciekawe. Warte tego, żeby zatrzymać się i spojrzeć na nie, przeczytać, podumać i zastanowić się. Żeby się po prostu spodobało.

Ale to nie jest takie proste, to całe pisanie.

Zaczynałam od pisania wierszy, to było chyba jakieś dwanaście lat temu. Jest ich spora gromadka. Tulą się do siebie na kartkach kilku zeszytów, które przechowuję do tej pory. Nie wszystkie są piękne, ba, wręcz niektóre zapewne bardzo głupiutkie. Ale wszystkie coś warte. Wszystkie mi pomogły się w jakiś sposób rozwijać. Pisane były w gniewie, smutku, tęskniąc za nieosiągalną miłością. O grozie, nicości, bólu. Takie najprędzej płynęły z mojego serca i wychodziły spod długopisu. Potem nadeszła miłość, która trwa do dzisiaj, wiersze tej miłości nie przetrwały. Nie potrafiłam pisać o szczęściu, spełnionej miłości, pięknych dniach i chwilach. Wiersze się skończyły. Zmarły tragicznie.

W międzyczasie zapaliła się we mnie iskierka, która drążyła mi dziurę w głowie. Mówiła cicho "przeczytaj coś", "weź tą książkę do ręki", "wejdź w ten magiczny świat". Więc weszłam. Bo przyznaję się, czytać z chęcią i pasją nauczyłam się późno. Ale od tamtego czasu, może nie pochłaniam książek, ale czytam je z wielką chęcią, z pasją, pragnę czytać, ale pragnę też pisać.

Dziewięćdzesiąt dwie własne książki. Kupione, podarowane, wyczekane. Chociaż niektóre do oddania, do sprzedaży. Przecież nie wszystkie muszę się podobać, nie wszystkie muszą trafić głęboko do mej duszy, jak zrobiła to większość.

Gdy z zachłannością pożeram litery i słowa z każdej tej książki, mój umysł się napełnia, lecz nie jest nasycony. Pragnę sama przelać na papier swoje myśli, swoje wyobrażenia o świecie i o ludziach. Pragnę pisać, tak dobrze żeby ktoś kiedyś z chęcią sięgnął po moją prozę, po moją powieść, opowiadanie. Pomysły kłębią się mojej głowie, wychodzą i wygrzewają się na monitorze przed moimi oczami. Wskakują częso same, popychane jedynie moimi palcami stukającymi w klawiaturę. A potem milkną. Nie chcą dalej ustawiać się w pary aby tworzyć całość, zostają tam gdzie stoją i boją sięruszyć. A w umyśle pustka.

Mojej zszarganej głowie udało się napisać jedynie cztwery opowiadania. Dwa z nich można znaleźć w internecie, ale nie są to cuda. Wyszły spod moich rąk już dawno temu, nawet z siedem lat temu. Gdy je teraz czytam to mój umysł się zaśmiewa jak mógł wymyślić coś tak dziwnego, coś tak pokręconego w słowach i układach, że trzebaby było napisać wszystko od nowa, żeby nadawało się do czytania. Niestety. Jedynie krój fabuły i postacie mogłyby zostać, a reszta jest do kosza. Skasować i zapomnieć. Ale nie mogę, bo mam sentyment. Może to i dobrze? Nic tak nie motywuje jak własna porażka, którą widać jak na dłoni.

Ale udało mi się zakończyć jeszcze dwa inne opowiadania, z których mogę powiedzieć, że jestem dumna. No, oczywiście jedynie w tej chwili, bo możliwe że za kilka lat o tych również pomyślę źle.

Właśnie. To tutaj jest problem. Teraz mi się podobają, ale nie do końca. Zawsze mogłyby być lepsze, piękniejsze. Oszlifowane jak diament. Tak cudowne, że mogłabym je gdzieś wysłać, komuś pokazać, opublikować i się nie wstydzić. Nie chcę publikować w internecie. Tam wszystko ginie, rozpływa się jak mgła i zostaje upchnięte w szeregi innych opowiadań pominiętych, mimo że przez chwilę zauważonych.

Płacze nad swoim losem, bo wiem, że nie jestem dość dobra. Dość wtrzymała. Nie mam dość czasu i zapału żeby skończyć inne opowiadania. Są zaczętę. Myśli przelały się na kilka pierwszych kartek ale potem się zatrzymały, utknęły w korku, zdechły. W części mam zarys całej historii, tylko kto ją opowie? Kto przeleje w ładne słowa te myśli, te pomysły? Ja. I tylko ja. Bo są moje i muszę kiedyś do nich wrócić.

Nęka mnie to i przytłacza. Czytam w różnych miejscach, że żeby szlifować swój warsztat pisarski trzeba pisać. Tylko co? Skoro słowa same utknęły w gardle i nawet okrzyk bojowy nie może ich stamtąd wydostać.

Więc piszę ten blog, żeby słowa płynęły, żeby myśli płynęły i żeby kłódka, którą ktoś potajemnie przymknął na mój umysł, otworzyła się magicznie niewidzialnym kluczem.

Niektórzy czekają aż siedem lat aż ktoś wyda ich dzieło jako naprawdę dobrą książkę. Chcę być kimś takim. Kimś kto powie "czekałam siedem lat na wydanie mojej książki", bo nie chcę być kimś, kto powie "pisałam moją książkę siedem lat" i pewnie "i nadal nie jestem z niej zadowolona".
No właśnie.

skomentuj (0)

Księga Gości