mały płomień na zapałce
w duszy pustka nagła
żal i smutek wchodzą w serce
mało słów, dużo łez, iskiereczka zgasła
Nareszcie! W kwietniu wychodzi długo przeze mnie oczekiwany czwarty tom "Kłamcy" Jakuba Ćwieka, zatytułowany "Kill'em all". Aż zerknęłam na datę wydania trzeciej części i zdziwiłam się, że wyszła ona tak dawno, bo w 2008 roku. Czyli ostatniej części doczekaliśmy się dopiero po czterech latach. Nie fajnie Panie Jakubie ;) Szczególnie, że Pan Jakub jakoś w 2009 roku obiecywał wydanie książki "niedługo", w "przyszłym roku", bo już "się pisze".
Rozumiem, że można mieć inne obowiązki, inne zobowiązania książkowe, ale akurat czwarta część jest bardzo związana z częścią trzecią, jest jej bezpośrednią kontynuacją, więc nie fajnie jest tak dlugo zwlekać z jej wydaniem. Szczególnie, że na pewno było wiadomo co będzie w tej ostatniej części skoro była kontynuacją poprzedniej.
Całość łączy się też oczywiście z dwiema pierwszymi książkami, jednakże jest raczej z nimi luźno powiązana, a trzecia jest dosłownie urwana w pół słowie.
Książki pewnie od razu nie zakupię, bo skąpiradło ze mnie straszne i wolę poczekać aż trochę stanieje. Tak, wiem, jestem okropna :)
Mimo mojego psioczenia na Pana Jakuba, jego seria o Lokim podoba mi się i jego spojrzenie na naszego głównego bohatera też jest bardzo ciekawe, więc doczekać się nie mogę.
Jednakże proszę mi wybaczyć, że nie polecę od razu do sklepu jak po "Zbieracza Burz" Pani Kossakowskiej :)
Mam nadzieję, że zakończenie serii będzie udane i nie pozostawi niesmaku i niedojedzenia ;)
Jak zwykle muszę pochwalić wspaniałą robotę studia "Dark Crayon" za fantastyczną okładkę. Loki, brodaty, jakże inny a jednak nam znany, ale czyżby w dłoni dzierżył Mjollnira? :)
Tagi: kłamca, fabryka słów, ćwiek, jakub ćwiek
skomentuj (0)
recenzja książki Mai Lidii Kossakowskiej "Grillbar Galaktyka"

UWAGA SPOILERY!
W przeciwieństwie do tego do czego nas przyzwyczaiła Pani Maja, czyli do aniołów, tym razem zaserwowała nam pyszną space operę. Zaserwowała, to bardz odobre słowo, gdyż książka w dużej mierze opiera się na gotowaniu. Głównym bohaterem jest niejaki Hermoso Madrid Iven, człowiek, który jest szefem kuchni w znanej i drogiej restauracji "Płacząca Kometa". Dopóki nie wyruszy on na swoją jakże dziwną podróż żeby zbawić galaktykę naszym oczom ukażą się liczne opisy dań i stworzeń, z których zostają przyrzadzone owe dania. Wymyślne nazwy kosmicznych stworzeń oraz potraw wyszły moim zdaniem Pani Mai znakomicie. Człowiek czytając te opisy robi się po prostu głodny! Mimo iż same nazwy nam dużo nie mówią, bo przecież nie wiemy jak smakują chlipaczki, czy zwierzyna z aldebarana, to jednak czytając, nasza podświadomość zachęca nas do skosztowania tych potraw.
Cała książka jest jedną wielką przygodą, która wcale nie jest wesoła, niemniej jednak wszytko jest opisane z lekkim, a może i dużym, przymrużeniem oka. Już same imiona bohaterów przyczyniają się do szerokiego uśmiechu na naszych buziach i z chęcią czytelnik bedzie doszukiwał się mniej lub bardziej ukrytych ich znaczeń. Np. wszystkie imiona ludzi są żywcem wzięte z naszego obecnego świata, są to imiona, które dzisiaj byłyby jedynie pośmiewiskiem i częściowo byłyby niedopuszczalne, jednak ludziom z przyszłości kojarzą się ze Starą Ziemią. Hermoso Madrid, to nic innego jak "piękny Madryt" po hiszpańsku, jego kuzynka Tadż Mahal, dziadek Texaco Oil, siostra Terra czy matka Luna. Do tego śmieszne imiona innych ras, na czele z samą Silaną-białą kotką, która przywodzi na myśl pachnący płyn do płukania ubrań.
Kossakowska pobawiła się trochę światem i całą przygodą naszych boaheterów wplatając tu i ówdzie coś z innych światów, filmów czy książek. Większość rzeczy było widocznych jak na dłoni i nie próbowąła się z tym ukrywać. Niestety aż tak bardzo nie przypadło mi to do gustu, choć z początku było smieszne. Bo jednak gdzie jest prawo autorskie gdy jest potrzebne? Lub gdy nie jest, to i tak powinno błysnąć autorowi w głowie.
Mamy tutaj mianowicie nawiązania do takich filmów jak:
- "Obcy": w Płaczącej Komecie kucharze znajdują jaja obcego a potem ich matkę. Opis obcyh ewidentnie wskazuje na postać xenomorpha z serii filmów o obcym.
- "Seksmisja": na planecie Sfija Hermoso zostaje zamknięty w celi, która opisem przypomina tą z filmu.
- "Gwiezdne Wojny": Po ucieczce z planety Sfija, Hermoso rozbija się statkiem na planecie Durian. Okoliczności jak i planeta oraz poznany mieszkaniec Duriana przypominają moment poznania się Luke'a z mistrzem Yodą. Hermoso ląduje w bagnie gdzie zatapia się jego kapsuła. Durian w opisie jest leśnym bagniskiem, tak jak planeta na której mieszkał mistrz yoda. Również Duriańczyk poznany przez Hermosa wyglądem przypomina Yodę: ma na imię Yoko, jest małym, niskim, mądrym i starym pustelnikiem wspierającym się na kiju. Jedynym wyjątkiem jest to, że jest niebieski i przypomina jeża.
Dodatkowo Kossakowska łapie się za książki:
- Kotka Silana wspomina swoją ojczystą planetę, którą zamieszkują rozumne koty i sępy i oprócz tego ludzie. Polski pisarz Feliks W. Kres napisał "Cykl Szererski" pt. "Księga Całości", który opowiada o świecie zwanym Szererem, gdzie tajemnicza siła sprawcza nazywana Szernią oprócz ludzi inteligencją obdarzyła również koty i sępy. (ok. tutaj akurat mogła poprosić o zaczerpnięcie z czyjejś opowieści, ale tylko w tym przypadku).
- We wszechświecie wykreowanym przez Kossakowską żyją istoty zwane grzybami, a pochodzą one z planety Yugot. H.P. Lovecraft napisał wierz pod tytułem "Grzyby z Yuggoth".
Ogólnie książkę czyta się przyjemnie i szybko. Nie ma niepotrzebnych dłużyzn, a świat opisany jest bardzo sprawnie.
Daję książce 5- w skali 1-6.
Tagi: recenzja, maja lidia kossakowska, kossakowska, grillbra galaktyka
skomentuj (0)
Już nie mogłam się doczekać następnej żałoby narodowej! ale fajnie! tak, pozmieniajmy program w telewizji, odwołajmy wszystkie imprezy i to wszystko aż na dwa dni z powodu katastrofy pociągowej, w której zginęło aż 16 osób. No masakra.
I przez to wprowadzono dwu dniową żałobę narodową. To straszna liczba ofiar, naprawdę.
Nie to, że jestem jakimś potworem, który nie przejmuje się nieszczęściem ludzkim, oczywiście że nie. Bardzo współczuję bliskim tych co zginęli, to smutne.
Ale popatrzmy na inne "katastrofy". W listopadzie 2011 roku w jeden weekend zginęło na polskich drogach 47 osób. To ponad dwa razy więcej niż w sobotniej katastrofie kolejowej. I co? I jakoś nikt nie ogłosił żałoby narodowej z tego powodu. Dlaczego?
Dlaczego w Polsce od razu organizuje się kilka dni żałoby? Dlaczego nie można ustanowić tylko jednego dnia? Czy to w jakiś sposób ubliżyłoby ofiarom i ich bliskim? Nie, na pewno nie. Ale nam uprościło by życie.
Powinni chyba wprowadzić jakiś taryfikator dni żałoby w stosunku do ilości zabitych. np. do 20 osób - jeden dzień żałoby. 20-50 - dwa dni żałoby, itd. Nie byłboy prościej?
Czemu w innych państwach mogą być jednodniowe żałoby a u nas od razu dowalają dwa?
Kiedyś ktoś gdzieś powiedział: jak masz umierać to zbiorowo. Żałobę narodową wprowadzą, dużo kasy dla rodziny dadzą, może i nawet pomnik postawią.
Jak umrzesz w wypadku samochodwym to tylko wspomną o tobie gdzieś w gazecie i przelotem w wiadomościach. I tyle, oleją. Ale jak będziesz jednym ze "szczęśliwców" to będzie o tobie głośno przez conajmniej 5 dni, w tym kilka żałoby narodowej.
Umierać nie żyć!
Tagi: żałoba narodowa
skomentuj (0)
czyli recenzja "Amerykańskich Bogów" Neila Gaimana (wersja autorska z 2007 r.)

Cień wychodzi z więzienia po trzech latach i właściwie nie ma do czego wrócić. Żona, za którą tak tęsknił zginęła własnie w wypadku samochodowym a on zmierza na jej pogrzeb. Przypadkowe, a może i nie, spotkaniem z niejakim Wednesday’em zmieni jego życie bardziej niż pobyt w więzieniu i strata ukochanej. Cień zgadza się pracować u dziwnego mężczyzny i wyrusza razem z nim w podróż po Stanach odwiedzając po drodze coraz to dziwniejszych ludzi. Jak się niebawem okazuje są to bogowie przybyli do Ameryki wraz z wiarą ludzi z różnych zakątków świata. Również będą musieli zmierzyć się z nowymi bogami współczesności, takimi jak Media czy Internet.
"Amerykańscy Bogowie” jest powieścią o podróży, o poszukiwaniu siebie i swojego miejsca w Ameryce. Jest duży panteon różnych bogów, przybyłych do wielkiego kraju ze wszystkich części świata. Nordycki Odyn, afrykański Anansi, czy słowiański Czernobog, pokazani jako styrani latami, pozbawieni ludzkiej wiary, smutni i zdesperowani. Powieść pokazuje jak przemija ludzka wiara, która karmi bogów. Jak łatwo jest zapomnieć coś, w co wierzyły całe ludy przed setkami i tysiącami lat.
Mimo iż napisana jako pierwsza, powieść ta była czytana przeze mnie po „Nigdziebądź”, „Księdze cmentarnej”, „Chłopakach Ananskiego” i kilku innych. Na ich tle wypada bardzo mrocznie, ponuro i smutno. Czas spędzany z Cieniem dłuży się kiedy wędrujemy z nim od jednego do drugiego miasta, kiedy właściwie nic się nie dzieje, kiedy Cień poznaje mieszkańców Lakeside, czy krótki pobyt w domu pogrzebowym. Część wędrówki niestety nuży, do tego dochodzi nieprzychylna pora roku jaką jest zima, dodatkowo bardzo mroźna. Aż czuje się jak odmarzają mu stopy kiedy wędruje po lesie uciekając z wagonu w lesie, lub gdy wybiera się w krótką podróż do centrum Lakeside, z której ratuje go szeryf miasta.
Dużo różnych znaków, symboli, dziwni bogowie, zmarła żona, lecz mało akcji. Postać Cienia chyba miała rozwijać się powoli i pozostawać w cieniu wszystkiego, lecz postać w ogóle się nie rozwija, jedynie poznaje nowych bogów podróżując z Wednesday’em. Kulminacja dopiero nadchodzi po śmierci tegoż, kiedy to Cień postanawia czuwać nad ciałem Odyna przywiązany do drzewa. W momencie ostatecznej bitwy na Górze Czatów dowiadujemy się wszystkiego co było istotne. Dlaczego Odyn wybrał Cienia, Kim jest jego były współlokator z więzienia i dlaczego ta cała bitwa w ogóle ma się odbyć.
Przez to wszystko czuję lekki niedosyt. Książka, uważana jako jedna z ważniejszych pozycji nie spełniła moich wszystkich oczekiwań. Wszystko działo się zbyt leniwie, zbyt wnikliwie były opisane zwykłe banalne życiowe sprawy. Może to miało wprowadzić jakąś normalność do życia Cienia, może pokazać... własnie sama nie wiem co. Ale gdy czytałam jak Cień idzie do sklepu, jak je pierożki, to miałam ochotę po prostu strzelić go w pysk i kazać mu coś robić mimo iż Wednesday go nie wzywał.
Owszem, książka bardzo ładnie pokazuje jak łatwo można zapomnieć o starych bogach, a zacząć kultywować nowych takich jak media, telewizja i internet. Łatwo można zapomnieć o przeszłości, gdy teraźniejszość i przyszłość ukazuje nam tak wiele możliwości. Bo czyż nie jesteśmy więźniami obecnych bogów? Czyż nie gonimy za nowowściami elektroniki zapominając w co wierzyli nasi przodkowie? Owszem, ale świat się zmienia, to nieuniknione. Już nie składamy ofiar z ludzi i zwierząt, nie musimy, gdyż sami potrafimy kierować swoim życiem. A może tylko tak nam się wydaje.
Natomiast kilka uwag do innych kwestii książki. Jakim cudem krótki opis powieści w wydaniu autorskim MAGa z 2007 jest tak bardzo rozbieżny z zawartością? Kto w ogóle do tego dopuścił? Gaiman tak opisał sztuczki z monetami, że ja, jako osoba totalnie z tym nieobeznana, właściwie nie mogłam ogarnąć jak dana sztuczka wygląda. Rozumiem, że na potrzeby książki, ale nie wierzę, że można dać dziecku imię Cień ;)
Książkę oceniam na 4+ w skali 1-6. No, może na naciągane 5- :)
Tagi: recenzja, gaiman, amerykańscy bogowie, neil gaiman
skomentuj (0)